Waclaw 70-lecie zbitki WBI

WSPOMNIENIA: Dykteryjki Profesora

data wpisu: 2019.02.05 | data publikacji: 1989.12.30

Profesor Antoni Kiliński był dyrektorem Instytutu Maszyn Matematycznych Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej w 1972 roku, gdy broniłem tamże swoją (naszą, bo z Markiem Manieckim) pracę dyplomową. Profesor był potem moim pracodawcą oraz promotorem pracy doktorskiej. Wiele razy miałem okazję słuchać jego dykteryjek oraz żartów. Oto kilka z nich:

Przed wojną profesor był asystentem i kierownikiem Laboratorium Aparatów Elektroakustycznych Państwowego Instytutu Telekomunikacyjnego w Warszawie. Między innymi opracowywano tamże aparaty do rejestracji i reprodukcji dźwięku.

…dostaliśmy zlecenie z polskiej fabryki aut FIAT [kolega twierdzi, ze to był BUICK] na wykonanie sygnału dźwiękowego, który by brzmiał jak fiat, fiat, fiat,…(buick, buick, buick,…). Po pewnym czasie udało się nam w laboratorium uzyskać pożądany sygnał. Konieczne były próby w terenie, na co dostaliśmy z fabryki nowiutkie auto Polski Fiat 508 (Buick Limited). Zamontowaliśmy nasz sygnał i udaliśmy się na miasto, często trąbiąc. Widząc oglądających się na nas przechodniów rośliśmy w dumę. Aż tu nagle zatrzymuje nas policjant i groźnie pyta kim jesteśmy. Odpowiadamy, że inżynierami, co wtedy samo w sobie było nobilitacją. Ale policjanta to jakoś nie usatysfakcjonowało, bo groźnie stwierdził dlaczego tak nieładnie się zachowujemy. Od słowa do słowa, okazało się że nasz sygnał w ruchu miejskim z pewnej oddali wydaje dość wyraźne dźwięk – chiuj, chiuj, ……” (ale nie Huawei)


Profesor, jeszcze jako asystent przed wojną pojechał pociągiem do Paryża.

„… mocno zmęczony podróżą dotarłem do wskazanego mi, przez moich paryskich przyjaciół, hoteliku. Rzuciłem rzeczy w pokoju i pognałem na spotkanie z nimi. Wypiliśmy sporo francuskiego wina i jakoś w nocy przyjaciele dostarczyli mnie do hotelu i położyli do łóżka. Rano budzę się, jeszcze mało przytomny i zastanawiam się dlaczego śpię na stojąco trzymając pod brodą prześcieradło. Czy może już umarłem i w takiej pozie jestem na sądzie ostatecznym. Dopiero po dłuższych dywagacjach i dalszym oprzytomnieniu zobaczyłem siebie w lustrze – powieszonym pod sufitem. To był tani hotelik do igraszek miłosnych...."


Teleprinter powstawał już od 1870 roku, stale udoskonalany, pojawił się jako teletype w 1963 roku. Trzeba było znaleźć dla niego polską nazwę. Profesor wspomina gorące dyskusje poszukiwania polskiego terminu:

„… było teledrukujący, telepiszący, w oddali piszący, dalekopiszący, piszący z oddali, dalekopisz, dalekopis – a ktoś zaproponował - pisdal … zapadła cisza, pozostał dalekopis (oczywiście było to kilkadziesiąt lat temu)…”


Profesor był specjalistą od niezawodności elementów i technologii montażu układó1w elektrotechnicznych i elektronicznych. Stąd, jak czasem opowiadał, że kiedyś przyszło do niego dwóch pułkowników:

"...- Panie Pułkowniku Profesorze. To co powiemy jest tajemnicą wojskową najwyższego stopnia. Zlecamy Panu Profesorowi ekspertyzę niezawodności działania pewnej linii technologicznej montażu. Nie chcieli powiedzieć gdzie jest ta linia i co ma być na niej montowane. Umówiliśmy się na termin wyjazdu do fabryki. Tego dnia przyjechali po mnie samochodem z zasłoniętymi firankami z tymi dwoma pułkownikami oraz kierowcą, którego nie było widać. Jechaliśmy ponad godzinę, po czym samochód stanął w jakiejś hali, gdzie była ta linia montażu, jeszcze nie używana.

Oprowadzając mnie dalej nie chcieli powiedzieć co ma być na niej montowane, a jedynie się chwali, ze te fragment został zdublowany jednokrotnie, ten dwukrotnie, a ten nawet trzykrotnie. Byłem w kropce, gdyż w tej sytuacji dokonanie analizy niezawodności było niemożliwe. Wreszcie, aby zakończyć tę mało miłą dla mnie sytuację – stwierdziłem, że w tej sytuacji to mogę im jedynie zasugerować ponowne sprawdzenie tego fragmentu linii, który był zdublowany trzykrotnie. Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. Poszliśmy do kantyny (też tajnej) na mały poczęstunek i ci sami pułkownicy odwieźli mnie do Warszawy, znowu zasłoniętymi firankami.

Minęło kilkanaście dni i już nawet przestałem czekać na rachunek za tę ekspertyzę. A tu do gabinetu wchodzi delegacja wojskowa z generałem na czele oraz tymi pułkownikami. W rękach mają wielki bukiet kwiatów oraz dużą butelkę jednego z najlepszych koniaków. I mówią – bardzo przepraszamy Pana Profesora, że mu wtedy u nas nie uwierzyliśmy, bo właśnie po uruchomieniu tej linii nastąpiła poważna awaria tam gdzie była on potrójnie zdublowana. I oczywiście w załączeniu był rachunek na sporą kwotę.

Ja chciałem się dowiedzieć kto był projektantem tej linii, bo chciałbym mu podziękować, że starał się zrobić ją niezawodną. Ale to też było tajne..."


Profesor na trzecim roku miał dla nas wykład „Wstęp do informatyki” (lub z jakimś podobnym tytułem). Nie bardzo rozumieliśmy to, o czym mówił. Ale zaliczenie wykładu miało polegać na pokazaniu notatek z wykładów.

Profesor przy zaliczaniu, dla uniknięcia „oszustw”, każde notatki dziurawił gwoździem.

Przed egzaminem dyplomowym sięgnęliśmy jeszcze raz do tych notatek i wtedy okazało się jak były one wartościowe i zrozumiałe – po prostu na pierwszym roku byliśmy jeszcze za głupi, aby ogarnąć (jak to się dzisiaj mawia) temat maszyn matematycznych.


Było nas trzech, którzy skończyli studia w specjalności maszyny matematyczne z najlepszymi wynikami. Chcieliśmy zostać w Instytucie Maszyn Matematycznych jako pracownicy naukowo-dydaktyczni. Ale Instytut nie miał dla nas odpowiednich etatów, a o ich rozdziale decydowała Uczelnia. Zaproponowano nam więc etaty techniczne w Zakładzie Instytutu. Przyjęliśmy je bez euforii. Już dano nam jakieś miejsca do pracy, pobraliśmy robocze fartuchy i zestaw przyborów papierniczych, a tu nagle tuż przed 1 października dowiedzieliśmy się, że Instytut właśnie dostał takie trzy etaty naukowo-dydaktyczne i musi je wypełnić w tydzień. Zapisaliśmy się na wizytę u Profesora.

„…Zaczęliśmy od tego że naszym przeznaczeniem jest nauczanie studentów informatyki, że jesteśmy ukierunkowani na prace naukowo-badawcze. każdy z nas mówił prawie to samo w kółko, kończąc o potrzebie zatrudnienia nas na etacie naukowo-dydaktycznym. A Profesor przerwał nam wreszcie i powiedział – Panowie ja was rozumiem, bo na tym etacie jest przecież 300 złotych więcej (jakieś 15%) – powinniście dostać ten etat.
Poprosił sekretarkę, aby zawołała Pińskiego.
Przyszedł Piński z oczekiwaniem na polecenie Profesora.
Panie Piński – przygotuje Pan umowy dla tych Panów na te etaty naukowo-dydaktyczne.
- Ależ Panie Profesorze – umowy [na te etaty techniczne] tych Panów są już w podpisie w rektoracie.
- To pójdzie Pan do rektoratu i je podrze. Oni chcą być dydaktykami i Ja im to obiecałem.
Pan Piński jakoś nas potem mniej lubił.


Profesor był promotorem naszej pracy doktorskiej, chociaż bezpośrednim jej opiekunem był dr JanB. Rolą promotora było uzyskanie zatwierdzenia tytułu pracy „O pewnej metodzie implementacji…” przez Radę Wydziału. Nie było nas na tej Radzie, ale z przesłuchów dowiedzieliśmy się, że jeden z członków Rady miał obiekcje.

…Profesor zaś stwierdził. Myślę, że brak akceptacji dla terminu implementacja jako niezrozumiałego w świetle istnienia terminu realizacja jest naszym niewielkim problemem w stosunku do możliwości braku zrozumienia samej treści tej i innych podobnych prac obecnie przygotowywanych przez naszych młodszych kolegów. Ja oczywiście popieram ten termin implementacja jako właściwy w tym kontekście….”


Z tą pracą mieliśmy jeszcze problem przed jej obroną. Trzeba było przygotować jej streszczenie. Udało się nam je napisać na 10 stron.

„…Profesor przeczytał to streszczenie, po czym poprosił nas o przygotowanie na jutro krótszego na 5 stron [trzeba wiedzieć, że wtedy trzeba było go napisać na maszynie do pisania]. Zrobiliśmy to, z żalem wyrzucając wiele ważnych dla nas stwierdzeń. Następnego dnia profesor przeczytał przy nas to streszczenie, pochwalił, po czym poprosił o przygotowanie na dzień następny streszczenia na jedną stronę. Z dużym trudem udało się nam to zrobić skreślając jeszcze ważniejsze dla nas stwierdzenia. Praktycznie musieliśmy go napisać od początku [też na maszynie do pisania]. Profesor po przeczytaniu również nas pochwalił i poprosił o streszczenie na pół strony. Widząc nasze miny – stwierdził że już żartuje…”.

To krótkie streszczenie przydało się nam na obronie, bo właściwie tylko ono mogło być przekazem dla członków Rady Wydziału, aby zaakceptowali pracę. W tym wspomógł nas jeszcze recenzent, Prof. Stefan Węgrzyn, który po akceptacji stwierdził – oczywiście wpisujemy, że jest to praca z wyróżnieniem – nikt nie śmiał się sprzeciwić.


W tym okresie mieliśmy sporo nadgodzin i czasem trudno było wszystko zrobić na czas, a więc nieco narzekaliśmy. Profesor na to:

"...Ja i Pan Rektor pozwalamy Panom pracować po nocy...." lub "...Może Pan wstać godzinę wcześniej i wtedy zdąży wszystko zrobić... "


I na koniec, wtedy przez nas mało zrozumiałe, ale częste stwierdzenie Profesora.

„...Jak się rano budzisz i nic cię nie boli, to znaczy że nie żyjesz...”